Outdoor – sens i przeznaczenie

Jedziemy na outdoor! To hasło rzucone firmie budzi w większości wypadków dwojakie skojarzenia i reakcje wśród pracowników od euforii do rozpaczy.

Jedni myśląc o nim widzą już siebie w roli bohatera/gwiazdy programu podejmującego kolejne wyzwania. Dla nich spływ górską rzeką czy zjazd z pionowej skalnej ściany to kolejna dawka adrenaliny, której odpowiedni poziom niezbędny jest do codziennego funkcjonowania. To oni właśnie poszukują coraz to większych i bardziej ekstremalnych wyzwań.

Dla innych to rola skazańca, który wbrew własnemu instynktowi samozachowawczemu nie rzadko pod presją grupy a czasem też (o zgrozo) samych organizatorów zmuszeni są do działań tak bardzo obcych ich naturze. Nie potrzebują adrenaliny we krwi aby działać, nie muszą też niczego udowadniać ani sobie ani innym. Wynika to z naszych wrodzonych typów osobowych i motywacji do podejmowania działań bardziej lub mniej ryzykownych lub silnej potrzeby poczucia bezpieczeństwa w tak odmiennych od codzienności warunkach.

Zamysłem twórców szkoleń typu outdoor było „wyjście z murów” i pokazanie na nietypowych, ćwiczeniach mechanizmów jakie pojawiają się w naszej codzienności, które utrudniają nam skuteczne działanie. To właśnie ta nietypowość ćwiczeń miała odwrócić naszą uwagę od dobrze znanych schematów, stereotypów i przyzwyczajeń w naszym działaniu i skłonić nas do poszukiwania innych rozwiązań. Realizacja zadań typu outdoor wymaga bowiem często niestandardowego podejścia polegającego na przełamywaniu stereotypów myślenia, uruchomieniu dodatkowych pokładów kreatywności a także na przełamywaniu różnych barier i ograniczeń. Nie oznacza to jednak, że przełamywanie tych barier i ograniczeń ma być podstawowym zadaniem realizowanym podczas szkolenia a już na pewno nie chodzi tu o przełamywanie barier fizycznych i psychicznych naszych uczestników. W dalszej części procesu edukacyjnego te wypracowane podczas szkolenia innowacyjne zachowania a także przekonanie iż nawet w najtrudniejszej sytuacji potrafimy znaleźć odpowiednie rozwiązanie powinny być przeniesione na codzienne doświadczenia i dać konkretny efekt na naszym polu pracy.

I tu pojawia się newralgiczny punkt szkoleń typu outdoor, wynikający często z błędnego zrozumienia zarówno wśród zleceniodawców jak i wykonawców czym jest sam outdoor i jakie powinien dawać efekty. Najczęściej kojarzy się go ze szkoleniami typu szkoły przetrwania lub akademii przygody. Od wielu lat rośnie w Polsce liczba firm w których ofercie znajdziemy propozycje programów tego typu. Coraz częściej outdoor’y organizują firmy nie mające innego przygotowania poza technicznym a i z tym bywa różnie.

„Specjalizacja” zmierza co najmniej w trzech kierunkach.

1. Jak najbardziej ekstremalnie „przeczołgać” grupę

2. W jakim zaskakującym miejscu Polski/Świata to zrobić

3. Jakim zaskoczyć sprzętem bez względu na program

4. Wszystkie powyżej

Chylę czoła przed tymi, którzy przed przystąpieniem do realizacji lub przesłaniem gotowego programu takiego szkolenia, pytają klienta lub sami badają, czemu ma ono służyć. Dopiero w ślad za tym idzie dopasowanie scenariusza, ćwiczeń a nawet samych prowadzących do potrzeb grupy. Wybór odpowiednio dobranego do naszych potrzeb programu a co za tym idzie także firmy, która potrafi i może go przeprowadzić powinien zatem opierać się na kilku filarach. Z ich kolejnością można polemizować, jednak merytoryka moim zdaniem powinna znaleźć się na początku tej listy.

Po pierwsze więc merytoryczne dopasowanie do potrzeb firmy. Sporządzenie zestawu tematów, które są dla nas ważne to krok numer jeden klienta. To odpowiedź na pytanie: Co my z tego będziemy mieli po szkoleniu? Jak wpłynie to na postawy, zachowania i efektywność naszych pracowników a tym samym wyniki firmy? Czy poprawi nasze relacje, sposób komunikowania się z innymi, rozwiąże konflikty? Po czym to poznamy? Zbadanie tych potrzeb, przygotowanie programu i ćwiczeń które te tematy poruszą to krok pierwszy firmy szkoleniowej. Kolejnym jest zbudowanie scenariusza lub fabuły wyjazdu aby realizowane ćwiczenia nie sprawiały wrażenia przypadkowo wybranych. Dobre scenariusze potrafią zaangażować grupę bez reszty w realizowane zadania.

Po drugie, prowadzenie (odpowiednia kadra trenerów – nie mylić instruktorów). Fakt bycia taternikiem, nurkiem, kierowcą off road nic jeszcze nie oznacza. Nie uczymy wszak ludzi jak wspinać się, czy jeździć w terenie ale ważne jest to w jaki sposób potrafią dostrzec podobieństwo tych ćwiczeń do codziennych sytuacji w firmie i wykorzystać wyzwoloną nietypową energię na polu pracy. I to właśnie jest podstawowym zadaniem trenerów prowadzących - bycie mentorem. Szukajmy zatem firm, które oferują także wsparcie psychologiczne, których trenerzy potrafią, tłumaczyć, motywować, inspirować a nie tylko szkolić. Oznacza to przede wszystkim znajomość słabych punktów w firmie, wiedzy na temat istniejących konfliktów itp. Często oznacza to konieczność spotkania przed szkoleniem nie tylko z decydentami ale także uczestnikami szkolenia i zebrania ich sugestii i oczekiwań. Efektem włożonej w solidne przygotowanie pracy jest to, że nawet najbardziej sceptyczni uczestnicy takiego szkolenia odpowiednio poprowadzeni potrafią włączyć się w działania grupy z pełnym zaangażowaniem.

Po trzecie bezpieczeństwo – wynikające zarówno z profesjonalizmu samych organizatorów jak i sprzętu na jakim pracują. Tu ufam, że wszyscy którzy na co dzień sami angażują się w działania ekstremalne, swoich klientów asekurują podwójnie.

Po czwarte organizacja czyli baza hotelowa i logistyka. To przede wszystkim wygoda i komfort zarówno dla uczestników jak i prowadzących. Dobrze dobrane miejsce współgrające z programem i standardzie dopasowanym do oczekiwań klienta pozwala na zwiększenie jego atrakcyjności. Z kolei dojazd, który zabiera 1,5 dnia z 3 dniowego szkolenia potrafi zmniejszyć ocenę nawet świetnego programu.

Dla mnie zawsze najważniejszym elementem każdego szkolenia są ludzie i relacje pomiędzy nimi. Dotyczy to obu stron zarówno szkolonych jak i szkolących. Dla uczestników fakt udziału w szkoleniu typu outdoor nie może być kojarzony z przymusem czy zagrożeniem a raczej możliwością sięgnięcia do swoich ukrytych zasobów. Możliwość konfigurowania różnych zespołów w trakcie zajęć pozwala na bliższe poznanie, zbliżenie się pracowników danej firmy. Możemy więc łagodzić różnego rodzaju konflikty, wskazywać wzorce do naśladowania, wyłaniać liderów, wspierać pojedyncze jednostki lub grupy.

Dla prowadzących outdoor to proces modelowania a nie udowadniania grupie jak wiele im do nas „brakuje”. Dlatego warto też poznawać ludzi którzy będą nas szkolić, sprawdzać ich referencje, nie tylko te techniczne ale też dotyczące sfery czysto ludzkiej. Nie jest bowiem najważniejsze aby ktoś mówił do rzeczy, ważniejsze aby mówił do Ludzi.

Efekty dobrze poprowadzonego outdoor’u to poza wymienionymi powyżej także naładowane akumulatory naszej witalności. Widać to już po powrocie nie tylko na zdjęciach na tablicy czy w opowiadaniach przy porannej kawie ale przede wszystkim w postawach, zachowaniu i motywacji naszych pracowników. To większe zaufanie, chęć do podejmowania decyzji i brania za nią odpowiedzialności. To przekonanie że określenie TEAM od tej pory oznacza - together everybody accomplices more.

Dariusz Rajca